Movin’ ahead so life won’t pass me by.

DSCN9315

 

Tak właśnie wygląda ulica, na której mieszkam;] jedyna rzecz, jaką miałam okazję obejrzeć, bo dopiero co wstałam i próbuję pozbierać myśli, a przede wszystkim ułożyć sobie jakoś to, co wydarzyło się przez 26 godzin, od 5 rano w środę do 7 rano w czwartek ;P

Każdy, z kim choć przez chwilę rozmawiałam o moim wyjeździe, słyszał ode mnie, że panicznie boję się latać. Już sama myśl o tym napawała mnie wielkim strachem i sama się negatywnie nakręcałam mówiąc, że marzę tylko o tym, żeby przeżyć te trzy loty. Cóż, przeżyłam. Co więcej, okazało się, że ja po prostu strachliwa dupa jestem i w dodatku panikara, bo loty okazały się całkiem przyjemne! Nie wiem, czy to sama perspektywa dotarcia do Limy, czy może po prostu ja się też już trochę zmieniłam, ale przez cały ten czas leciało mi się przyjemnie i niemal (ale to o tym zaraz) bezstresowo, jedyne, co mi przeszkadzało, to oczywiście koszmarna niewygoda;)

Małe podsumowanie lotów:

LOT 1: Warszawa-Amsterdam

Wiedziałam, że będzie miał kluczowe znaczenie dla mojego samopoczucia psychicznego. Wsiadałam na pokład bez większych nadziei na miłe, lub chociaż wolne od negatywnych emocji spędzenie czasu. Kiedy jednak samolot kołował zaczęłam sobie wmawiać: „Kozioł, będziesz dziś lecieć tyle, że po prostu MUSISZ się z tym pogodzić. Zwalczaj strachy ich bronią.” i wyglądałam przez okno podczas startu- to wielkie osiągnięcie, bo zazwyczaj siedzę z nerwowo zaciśniętymi oczami i pięściami i wyglądam jak siedem nieszczęść. Ostatecznie rozluźniłam się w momencie, kiedy stewardessa nadała komunikat przedstawiający załogę i powiedziała, że wita nas „pilot Wiesław xxxx”. Wtedy to pomyślałam: „Panu Wiesiowi nie zaufam?”

Zaufałam Panu Wiesiowi i była to dobra decyzja, bo lot był spokojniutki, a lądowanie bezstresowe😉

 

LOT 2: Amsterdam-Panama

Absolutny killer jeśli chodzi o odległość i czas: 10,5 godziny. Na dodatek nie wiedzieć czemu system sam za mnie wybrał miejsce i siedziałam w środkowym rzędzie (chociaż tyle, że na fotelu od strony korytarza), obok pewnej starszej Hinduski. Naprawdę, starałam się nie mieć uprzedzeń, ale kobieta się wierciła, wydzielała woń curry, jadła jakieś chipsy, które tę woń wydzielały z dwukrotnie większą intensywnością, mlaskała, bekała i robiła milion innych nie do końca odpowiadających mi rzeczy. Cóż, współpasażerów się niestety nie wybiera. Co gorsza, nie mówiła w żadnym innym języku oprócz hindi, więc porozumiewanie się z nią było nieco utrudnione- stwierdziła też, że skoro nie wie, jak zapytać mnie o godzinę, po prostu raz na czas będzie mnie łapać za rękę, na której miałam zegarek i przekręcać ją w swoją stronę, tak aby widzieć jego tarczę ;]

Ale nie będę cały czas narzekać! Na pokładzie była cudowna stewardessa o wyglądzie i uśmiechu Emmy Thompson, przesympatyczna i chyba lubiąca swoją pracę, bo z nieustannym uśmiechem odpowiadała nawet na najbzdurniejsze pytania pasażerów i uspokajała tych, którzy wpadali w panikę. I wśród nich nie było mnie, o dziwo!😉 Ja za to nieco poczytałam, posłuchałam muzyki i oglądnęłam Iron Mana 3 (po raz drugi ;p)- zresztą, szeroko się uśmiechnęłam, kiedy zobaczyłam, że jest w propozycjach filmów na lot😉

LOT 3: Panama- Lima

Z samego lotu akurat najmniej pamiętam, bo raczej go przespałam, ewentualnie budziłam się podczas wielkich turbulencji i to nie po to, żeby wpaść w panikę, tylko żeby pomyśleć „Doleć już do tej Limy, cholera, nie chce mi się tu być. Nie trzęś tyle, bo nie mogę spać.”

Mam jednak kilka impresji. Przed wejściem na pokład zagaił do mnie pewien Maczu (jak będę nazywać teraz Peruwiańczyków), porozmawialiśmy chwilę, z rozmowy wynikło, że nazywa się Ruben i mieszka w Cusco. Siedział ileśtam rzędów przede mną, więc myślałam, że go już raczej nie spotkam, a on już po lądowaniu podszedł do mnie z karteczką, na której był jego mail, facebook i numery telefonu, gdybym chciała kiedyś odwiedzić Cusco;) bosko;)

Sam samolot już od wejścia wydzielał duszący zapach, który był mi znajomy, ale nie mogłam go zidentyfikować. Woń średnio przyjemna, zaduch, ale starałam się go rozszyfrować, przez dłuższy czas bez skutku. I w końcu, tuż przed zaśnięciem, BINGO! Samolot linii COPA Airlines śmierdział świeżo przygotowanymi zupkami chińskimi!😉

Stewardzi byli młodziutkimi, troszkę wystraszonymi Maczu i widać było, że stresują się bardzo swoją pracą.

Do Limy dotarłam około 22.30 (czasu lokalnego, czyli w Krk była jakaś 5.30) i już słaniałam się na nogach ze zmęczenia, ale musiałam jeszcze przejść kontrolę wizową i celną (do obydwu wieeelkie kolejki), za bramkami czekała na mnie Desiree (córka właścicielki domu, w którym mieszkam, a zarazem jedna ze współlokatorek) i pojechałyśmy taksówką do domu.

Poszłam spać o 8 czasu polskiego i zasnęłam jak kłoda😛

DSCN9313

5 responses to “Movin’ ahead so life won’t pass me by.

  1. Hmm. Chyba właśnie wciągnęłam się w plotki z życia gwiazd. Byłam pewna, że Ty niczego się nie boisz. ale w sumie skoro samoloty odpadły, to może teraz to już prawda😉 Baw się wyśmienicie i poznawaj peruwiańskich panów Wiesiów (w sensie swojskich ludzi i doprowadzających bezpiecznie do lądowania – cokolwiek by to nie znaczyło). A, i podoba mi się imię współlokatorki🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s