Adrenalina dni powszednich

combi

Wspominałam już, że transport publiczny w Limie rządzi się swoimi prawami i każda podróż jest prawdziwą przygodą. Dla osób o słabych nerwach przejażdżka zdezelowanym carro może być traumatyczna, ale dla mnie to esencja peruwiańskiej idiosynkrazji i sposób na przyglądnięcie się społeczeństwu od środka. Poza tym, w cenę biletu wliczona jest też spora dawka adrenaliny!😉

Jak to (nie) funkcjonuje?

Zasady przewozu są proste- być może nawet zbyt proste i to generuje jeszcze większy chaos, szczególnie, jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do poruszania się w miejskiej dżungli Limy. Przede wszystkim, trzeba się wyzbyć wszelkich dobrych manier i skupić się na dotarciu do celu. Ulicami Limy jeździ niezliczona ilość carros, nigdzie jednak nie znajdziemy rozkładu jazdy- tego typu fanaberie zarezerwowane są dla przywiązanych do liczenia czasu gringos. Tutaj każdy, prędzej czy później, dotrze do celu. Z boku każdego busika napisana jest orientacyjna trasa (główne ulice, przez jakie przejeżdża pojazd), ale nie zawsze pokrywa się ona z rzeczywistością, dlatego przed wejściem należy skonsultować się z cobradorem. Cobrador to bez wątpienia najważniejsza persona na pokładzie- być może nawet ważniejsza od samego kierowcy! Jego zadaniem jest naganianie pasażerów, dość powszechny jest widok cobradora wychylającego się z pędzącego auta, wykrzykującego trasę. Kiedy busik się zatrzymuje, ten wysiada, krzyczy, próbuje wpychać ludzi do środka (jeśli ktoś jest niezdecydowany, może skończyć w zupełnie innym punkcie miasta, dlatego należy mieć refleks i nie bać się odmówić😉 ). Kolejnym zadaniem tego dramatis personae jest oczywiście pobieranie opłaty za przejazd i wydawanie biletów. Na początku (później zresztą też…) dość ciężko zorientować się w cenniku, ja polegam głównie na tym, co mówią mi moi znajomi. Już parę razy w ten sposób zaoszczędziłam kilka centavos, bo przebiegli cobradorzy widząc obcą twarz próbują narzucić wyższe ceny- zdarzyło mi się, że chcieli ode mnie nawet sol więcej, ale wystarczyło z pełną stanowczością powiedzieć, że daję tyle-i-tyle i ani centa więcej😉 Kiedy chcemy wysiąść, wystarczy tuż przed punktem docelowym krzyknąć Paradero! (przystanek), a jeśli nie wiemy gdzie, spokojna głowa! Współpasażerowie i cobrador zadbają o to, byśmy się nie zagubili! Tyle z informacji praktycznych.

hqdefault

Dodatkowe atrakcje

combi nie sposób się nudzić! Spokojnie możemy zapomnieć o czytaniu książki, chyba, że jesteśmy niezwykle odporni na zewnętrzne bodźce- a tych jest co niemiara!

  • współpasażerowie– wiadomo, w każdym środku publicznego transportu, także w tak zwanym „pierwszym świecie” znajdują się indywidua, których obserwowanie dostarcza nie lada atrakcji. Nie inaczej jest w Limie. Z usług combis korzysta niemal każdy, dlatego podróż nimi dostarcza świetnego materiału do obserwacji socjologicznych.  Jeżdżą młodzi i starzy, bogaci i biedni, cisi i gadatliwi. Dodatkowo, kiedy widzą jakiegoś gringo i orientują się, że ten mówi po hiszpańsku, uważają za swój obowiązek zabawiać go rozmową.
  • akwizytorzy– nie ma kursu, który obył by się bez ich obecności. Jest normą, że na przystankach wsiadają wszelkiej maści sprzedawcy, grajkowie czy ewangelizatorzy, których głównym celem jest zarobienie pieniędzy. Zazwyczaj sprzedają słodycze i inne małe przekąski za „promocyjną” cenę, a sprzedaż poprzedzona jest długim, skierowanym do pasażerów monologiem opowiadającym historię życia lub przedstawiającym powody, dla których ów delikwent przerywa „tę jakże miłą i spokojną podróż” (cytat oryginalny). Często są to opowieści o biedzie, która zmusiła ich do tego, a nie innego sposobu zarobkowania, ale czasem zdarzają się tacy, którzy w ten sposób chcą nawracać pasażerów lub po prostu się wygadać, a przy okazji zarobić parę groszy. Co bardziej wyrafinowani wyposażyli się w mikrofony, nie sposób jest więc nie zanotować ich obecności.
  • fiesta– w każdym szanującym się combi słyszy się muzykę. BARDZO GŁOŚNĄ muzykę. Dominują dwa nurty: typowe latino oraz hity z lat 70. i 80. Dużo bardziej wolę ten pierwszy typ, który zresztą jest idealnym tłem do…
  • emocji na drodze- głównym celem kierowców jest wykonanie jak największej ilości kursów- w końcu od tego zależą ich zarobki i nie należy się temu dziwić. Wyznają jednak zasadę „po trupach do celu”, i to baaardzo dosłownie. Przepisy drogowe są po to, żeby je łamać, zresztą, kto by się przejmował jakimiś zasadami! Byle do przodu! Toteż, jeśli tylko warunki na drodze na to pozwalają, busiki pędzą z zawrotną prędkością, zwykle jednak ruch jest tak duży, że kierowcy „ograniczają się” do ciągłego wymuszania pierwszeństwa, nerwowej zmiany pasów, przejeżdżania na czerwonym świetle i wciskania się na trzeciego. Dwupasmówka? Jaka dwupasmówka, kierowca busika udowodni Wam, że spokojnie da się utworzyć trzeci, wirtualny pas! Zatrzymywanie się na przystankach? Nie trzeba podjeżdżać do prawej strony, przecież pasażer może spokojnie wysiąść na środku ulicy. A że prosto pod koła innego pojazdu? Po wyjściu z busa to zmartwienie tylko i wyłącznie tego delikwenta.
  • pomocnicy– to kolejna dramatis personae, której rola przez dłuższy czas była dla mnie zagadką. Są to osoby, które stoją na ulicy i skrzętnie coś notują, po czym porozumiewają się z cobradores za pomocą wykrzykiwanych liczb. W zamian otrzymują drobne kwoty (zwykle 20-50 centów). Nie mogłam dojść, o co chodzi, aż w końcu znajomy wyjaśnił mi, że rejestrują oni wszystkie busy, jakie przejeżdżają przez dany punkt i następnie informują cobradores ile pojazdów o tej samej trasie pojawiło się przed nim i ilu pasażerów w nich było. Za tę pracę dostają właśnie te niewielkie napiwki.
  • złodzieje– oczywiście, ich nie mogło zabraknąć! Wspominałam już o pajacu, nie jest też żadną tajemnicą, że podczas każdej przejażdżki carro należy się mieć na baczności i nie wyciągać wartościowych rzeczy oraz pilnować plecaków i toreb. Ostatnio jednak dowiedziałam się o ciekawym sposobie kradzieży- „na plujkę”. Polega to na tym, że ktoś nas opluwa (zazwyczaj spluwa nam na ramię) i podczas gdy jesteśmy zajęci brzydzeniem się i nerwowym usuwaniem plwocin z ubrania, ktoś inny w tym czasie dobiera się do naszych kieszeni. Podobno jedynym skutecznym sposobem jest powstrzymać obrzydzenie i nie reagować.

Przejazd: 0,5-2,5 sola.

Wrażenia: BEZCENNE

i nie zapłacisz za nic kartą Mastercard😉

712658_ZMPNNWDLMWUPNWSDK3VI5K2EIMVCKZ_fotitos3217_H022633_L DSCN9423

5 responses to “Adrenalina dni powszednich

  1. W Petersburgu też są tacy „cobradores” (nie wiem czy dobrze odmieniłam, nie znam hiszpańskiego). Zwykle pochodzą z Tadżykistanu, podobnie jak kierowcy i próbują zbierać do marszrutek ludzi, którzy czekają na publiczny transport. Dziś usłyszałam, że ładne dziewczyny wożą za darmo, ale wolałam nie sprawdzać, bo mogłoby się okazać, że powinnam wpaść w kompleksy gdyby jednak kazali płacić😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s