Kozioł beczy w Ucayali, cz.1: Wszystko ma swój początek.

Nie wiem jak Wy, moi drodzy, ale ja na każdą, nawet najmniejszą wyprawę cieszę się niezmiernie, bo wszystkie moje wyjazdy traktuję jako pretekst do przeżycia kolejnej przygody. Oczywiście, tak też było w przypadku ostatniego wypadu do Amazonii, jednak muszę przyznać, że nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że spotka mnie tyle fantastycznych wrażeń.

Sama geneza wyprawy nie ma w sobie nic z niezwykłości: ot, któregoś dnia (jeszcze w listopadzie) rozmawialiśmy z moim współlokatorem Jairo o naszych planach bożonarodzeniowo-noworocznych i okazało się, że obydwoje mamy takie same, czyli żadne. Stwierdziliśmy więc, że w takim razie wyskoczymy gdzieś razem, żeby nie zanudzić się na śmierć w Limie. Po tej deklaracji temat umarł na dłuższy czas i, szczerze mówiąc, zaczęłam nawet wątpić, że jakikolwiek wyjazd dojdzie do skutku, ale w końcu uparłam się, że muszę się ruszyć z Limy i skorzystać z zasłużonych wakacji, więc przycisnęłam mojego TP (Towarzysza Podróży), próbując stworzyć choćby zarys planu. Jak mogłam się spodziewać, latynoska krew mojego TP dała o sobie znać z całą mocą i usłyszałam : „Kasia, wymyśl, gdzie chcesz pojechać, ja się dostosuję”. Typowa odpowiedź mająca na celu scedowanie całej odpowiedzialności na mnie, ale tak naprawdę była mi na rękę, bo mogłam puścić wodze wyobraźni.

No, to Kozioł, co chcesz zobaczyć? W grę wchodziły trzy opcje: sierra (góry), selva (dżungla) albo plaża. Jako, że plaża interesuje mnie przez pierwsze pół godziny, a później zaczynam się nudzić, ten wariant został skreślony już na wstępie. Tak więc musiałam zdecydować się między górami (z całym prawdopodobieństwem złapania soroche, czyli choroby wysokościowej) albo dżunglą (z mnóstwem komarów i innych latających paskudztw, przenoszących dengue). Ból głowy czy komary? Ciężki wybór, ale… przecież Kozioł nie był jeszcze nigdy w dżungli! Pozostał jeszcze wybór konkretnego miejsca i po krótkim wyszukiwaniu informacji wybór padł na Pucallpę – dość spore miasto w regionie Ucayali, nie tak popularne wśród turystów, jak Iquitos czy Tarapoto. Po zakupie biletów na autobus, pozostało tylko spakować manatki i czekać na wyjazd!

Miałam to szczęście, że TP to osoba zaprawiona w selwie (co prawda kolumbijskiej, ale przynajmniej wiedział, czym to się je) i na noc przed wyjazdem dał mi sporo wskazówek, nie tylko tych praktycznych, w stylu co ze sobą zabrać, a co lepiej zostawić. „Kasia, jesteś wysoką, białą, chudą, rudą gringą z niebieskimi oczami. Już tutaj, w Limie, się wyróżniasz, tam tym bardziej. Bądź ostrożna, ale przede wszystkim pamiętaj, że w selwie jesteś gościem. Pokora i umiejętność słuchania, gringa mi gringa.”

Po ponad 19 godzinach jazdy autobusem (swoją drogą, gdyby takiej klasy pojazdy jeździły po naszych drogach, zupełnie bym się nie obraziła: masa miejsca na nogi, serwis na pokładzie i dwa ciepłe dania w cenie biletu!) zastanawiałam się, czym przywita mnie selwa. Miałam w pamięci obrazki, które utkwiły tam po obejrzeniu programów Cejrowskiego czy dokumentów National Geographic, i składały się na raczej dość wyświechtaną wizję raju w tropikach połączonego z kompletnym brakiem cywilizacji. Godzina 8.40 rano, dojechaliśmy do Pucallpy, wysiadamy i…

pucallpa_motorcars

Gorąc, zaduch, bałagan, wrzawa. „Motocar, motocar!” Jeszcze moja noga nie dotknęła dobrze ziemi, a już próbowano mnie wsadzić do osławionego mototaxi, sprzedać mi pamiątki z Pucallpy i zakwaterować w hotelu znajomego znajomego znajomego. Z paniką w oczach spojrzałam na mojego TP, który złapał mnie za rękę i ze stoickim spokojem poszedł odebrać bagaż. Usłyszałam: „Ja się wszystkim zajmę.” Uff, fantastycznie, bo oto nagle znalazłam się w zupełnie nowym świecie, przy którym Lima to zabawa dla dzieci. Naprawdę, ciężko Kozła przyprawić o zawrót głowy, a lokalsom udało się to w 30 sekund! Dość szybko udaliśmy się do centrum miasta w poszukiwaniu noclegu – po dłuższym wybrzydzaniu zdecydowaliśmy się w końcu na pokój z klimatyzacją (luksus!). Szybki prysznic, chwila odpoczynku, tego mi było trzeba. Ale, ale, nie jesteśmy tu po to, żeby się wylegiwać przy miłym nawiewie, wychodzimy! Gorąc, zaduch, bałagan, wrzawa. „Motocar, motocar!” W którą stronę iść? W prawo czy w lewo? Wszystko wygląda tak samo, czyli dość paskudnie. Za taką dżunglę to ja dziękuję, dżunglę miejską mam w Limie, na dodatek oswojoną.  Decyzja: idziemy do portu rozglądnąć się nieco, zobaczyć, jakie mamy opcje wyjazdu. Co czekało nas w porcie? Tak, zgadliście: Gorąc, zaduch, bałagan, wrzawa. „Motocar, motocar!”  Rekonesans nie był prosty, bo w porcie statków jak mrówków, na dodatek do każdego chętnie by nas wepchnięto już od razu. No, gracias, dziś nie płyniemy ani do Iquitos ani do Antioquii. Jak już wspomniałam, nie mieliśmy konkretnego planu, ale gdzieś w pamięci kołatała mi się nazwa „Masisea” i stwierdziłam, że to właśnie będzie cel naszej podróży. Dowiedzieliśmy się, o której płyną barki („O siódmej”, „Gdzie o siódmej, o ósmej!”, „A wcale, że nie, bo o siódmej i o dziesiątej!”), a jako, że było jeszcze wcześnie, stwierdziliśmy, że podjedziemy nad pobliską lagunę Yarinacocha, żeby w ładnych okolicznościach przyrody zjeść obiad (ups, chyba nic nie jedliśmy od wczoraj…), napić się lokalnego piwa i odbyć pierwszą, obowiązkową wycieczkę łódką.

DSCN7921 DSCN7923 DSCN7931 DSCN7932

Muszę przyznać, że w Yarina bardzo dbają o turystów: knajpy rozciągają się na wybrzeżu, z widokiem na lagunę, a w KAŻDEJ z nich do przysłowiowego kotleta nie przygrywają muzycy, lecz rytmicznie poruszają się skąpo ubrane tancerki.  TP był chyba zachwycony, ale nie napatrzył się za bardzo, bo szybko wybrałam miejsce na samym końcu molo, skąd było widać wodę, a nie tancerki😉 Później w końcu nastąpił długo wyczekiwany moment: łódka, Amazonia! Widoki zaczarowały mnie już od samego początku, kolor wody, mnogość odcieni zieleni, wszechobecne ptaki. W końcu poczułam, że wyprawa naprawdę się rozpoczęła i nabrałam pewności, że będzie to dobry czas!

DSCN7952 DSCN7961 DSCN7967 DSCN7975 DSCN7983 DSCN8003

cdn.

3 responses to “Kozioł beczy w Ucayali, cz.1: Wszystko ma swój początek.

  1. miałam poważne wątpliwości, czy przeżyjesz i wrócisz do Limy, żeby spisać swoją przygodę😀 czekam na ciąg dalszy opowieści, mają tam być hamaki i komary! i leniwce, poproszę.

  2. Kasia! Ja również czekam na ciąg dalszy, i tutaj i w książce, którą wydasz po powrocie! Twoja dżungla wciąga:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s