Kozioł beczy w Ucayali, cz.2: Przypadki chodzą po ludziach.

Przypadek? Nie sądzę.

Powyższe zdanie jak mantrę powtarzają zwolennicy wszelkich teorii spiskowych. Osobiście, muszę przyznać, że bardzo mocno wierzę w przypadki. Co więcej, uważam, że całe nasze życie składa się z szeregu powiązanych ze sobą zdarzeń, które w nieco zmienionej konfiguracji dałyby zupełnie inny wynik – ile to razy zdarzyło się nam, zupełnie bez naszego udziału, odkryć nowe miejsce, poznać nowych ludzi bądź doświadczyć czegoś niezwykłego tylko dlatego, że w pewnym momencie mniej lub bardziej świadomie podjęliśmy taką a nie inną decyzję? Albo też decyzję tę podjął za nas ktoś inny? A może po prostu coś stało się ot tak, sami nie wiemy dlaczego? Tak, moi drodzy, przypadki istnieją i bardzo się z tego cieszę, bo często dzięki nim życie podsuwa nam rozwiązania, na jakie nigdy byśmy nie wpadli.

Nowy dzień, nowe możliwości, znowu… Gorąc, zaduch, bałagan, wrzawa. “Motocar, motocar!” Och, jak mi tego brakowało. Pucallpa chyba nigdy nie odpoczywa, nawet bladym świtem ruch jest gęsty, ludzie ocierają się o siebie, każdy zmierza w inną stronę. Obraliśmy azymut na port i rozpoczęliśmy poszukiwania barki, która miała nas zawieźć do Masisei. Nie było to zbyt trudne, ponieważ już poprzedniego dnia zwróciliśmy uwagę miejscowych i kiedy tylko weszliśmy na teren doków, jeden z pracujących tam rybaków zaczął machać do nas ręką i wołać: „Masisea, Masisea, a las 8!” Jako, że było dość wcześnie (około 6.30), zajęliśmy strategiczną pozycję na przedzie barki i rozpoczęliśmy walkę ze snem. Bo, Drogi Czytelniku, to nie jest tak, że przychodzisz sobie tuż przed wypłynięciem i siadasz byle gdzie, o nie. Im wcześniej jesteś, tym większa szansa, że nie wylądujesz z tyłu, pośród bananów i żywego drobiu, więc od pory przybycia zależy Twój (i tak wątpliwy) komfort podczas podróży. Na szczęście, oczekiwanie na wypłynięcie było wypełnione w moim przypadku obserwacjami tego, co działo się wokół, a działo się sporo! Morze ludzi poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach, wędrowni sprzedawcy, ładowacze, rybacy, plączące się pod nogami dzieci oraz wychudzone psy. Ludzie przemieszczali się wyjątkowo szybko, nie musiałam nawet za bardzo kręcić głową, by cały czas mieć przed oczami różne obrazki. Ani się obejrzałam, a barka wypełniła się ludźmi, drobiem i bananami, a także innymi artykułami pierwszej potrzeby, takimi jak napoje gazowane, herbatniki, ryż i… maczety.

DSCN8023

DSCN8026 DSCN8036

 Nie do końca też wyłapałam moment, w którym TP zaczął rozmawiać z cichym, niepozornym chłopcem, który usiadł obok nas. Chłopak miał na oko 16-18 lat i mówił dość łamanym hiszpańskim. Okazało się, że ów chłopiec nazywał się Oliver i był Indianinem Shipibo, uczącym się w Pucallpie. Jechał do Masisei by oglądnąć mecz piłki nożnej, w którym grał jego młodszy brat. Bowiem – i tu wkracza na scenę przypadek – tego dnia odbywały się eliminacje lokalnych rozgrywek futbolowych pomiędzy przedstawicielami okolicznych comunidades nativas Indian Shipibo. TP bardzo szybko nawiązał z nim dobry kontakt i rozmawiali, jakby znali się już wcześniej, ja zaś tylko przysłuchiwałam się ich rozmowie. Nie powiem, na początku byłam bardzo nieufna – no bo jak to tak, nie wiadomo skąd pojawia się młody Indianin i opowiada o swojej rodzinie, która w jego comunidad cieszy się dużym poważaniem (dziadek Olivera był jej założycielem) i prowadzi centrum lecznictwa naturalnego. W myślach filtrowałam każdą informację i zastanawiałam się, ile było prawdy w tym, co mówił. Z drugiej strony i mnie się wydał dość sympatyczny, ale nie na tyle, by podjąć jakąkolwiek rozmowę. Inna sprawa była taka, że w tamtej chwili przekonałam się na własnej skórze, że w selwie (choć pewnie nie tylko tam) panują inne zasady i ja, jako kobieta, stałam się niewidzialna. Cóż mi pozostało, resztę rejsu spędziłam obserwując współpasażerów. Zadziwiające, jak niektóre zwyczaje są niezależne od szerokości geograficznej, hitem gastronomicznym okazały się jajka na twardo! Podziwiałam też widoki i czułam, jak selwa powoli, powolutku kradnie mi serce.

DSCN8043

Jak wiadomo, podróżowaliśmy bez planu, toteż po przybiciu do portu (hmm… molo?) w Masisei zastanawialiśmy się, co ze sobą zrobić. Z pomocą po raz kolejny przyszedł przypadek, znów w postaci Olivera: zaproponował nam, byśmy poszli z nim oglądnąć mecz. Szybka wymiana spojrzeń, Kozioł przewraca oczami (do futbolu, że tak powiem, miłością nie pałam) i mówi: „No dooobra.” Okazało się, że na lokalny stadion przybyło dosłownie pół wioski: wszędzie kręciły się dzieci, kobiety w tradycyjnych strojach zajmowały się dystrybucją wody i soku z camu-camu, mężczyźni palili papierosy i dyskutowali, żywo gestykulując. Nie rozumiałam, o czym mówili, choć od czasu do czasu wtrącali hiszpańskie słowa. Na miejscu poznaliśmy rodzinę Oliwera: jego ojca, Diógenesa, matkę Anitę oraz całą masę rodzeństwa i kuzynostwa, których imion nawet nie udało mi się zapamiętać. Akurat była przerwa między rozgrywkami, słońce prażyło niemiłosiernie, a mi się zachciało jeść. Kiedy tylko wymówiłam słowo „obiad”, Diógenes zaoferował, że podwiezie nas na targ, gdzie na pewno znajdziemy coś do zjedzenia. Tak też się stało, wsiedliśmy do motocaru (należącego do rodziny Olivera, znak zamożności) i pojechaliśmy się posilić. Obiad zjedliśmy w towarzystwie Olivera i Diógenesa i zaczęliśmy z nimi rozmawiać. Kolejny raz włączył mi się tryb analityczny, jednak tym razem moja podejrzliwość znikała w miarę rozwoju konwersacji i nawet zaczęłam czuć coś w rodzaju zaufania. Później wróciliśmy na stadion i zaczęliśmy oglądać mecz. Cóż, nie będę oceniać jego walorów sportowych, po pierwsze dlatego, że nie czuję się ekspertem, a po drugie (i dużo ważniejsze) dlatego, że nie miałam okazji zobaczyć zbyt wiele, gdyż od razu wokół mnie pojawiło się sporo chętnych do zabawy ze mną dzieci. Okazało się, że jednak nie jestem taka beznadziejna w kontakcie z maluchami, nie wiem, czy to z powodu moich wrodzonych zdolności, czy też dlatego, że wspomagałam się soczkami i herbatnikami, po które z miejsca wyciągnęło się mnóstwo małych rączek. Chyba jednak nie straciłam zbyt wiele, bo młodzi reprezentanci comunidad Santa Rosa de Dinamarca przegrali z kretesem. Po meczu przyszedł czas podjęcia decyzji: zaproponowano nam, byśmy popłynęli z Shipibo do Santa Rosa na łódce należącej do Diógenesa (kolejna oznaka zamożności). „-Kasia? -Jairo?”… Skoro przypadek tak chciał, niech tak będzie. Jedziemy!

DSCN8060 DSCN8061

Dwugodzinny rejs po Ucayali był jedną z najbardziej magicznych rzeczy, jaka mi się przytrafiła. Płynęliśmy o zachodzie słońca, niebo zdawało się rozwarstwiać i światło przybrało kilka odcieni czerwieni, żółci i pomarańczy. Najpierw nieśmiało znikające słońce zaczęło pomarańczowieć, by chwilę później, nie wiadomo w jaki sposób, nabrać koloru rubinu.  Wody Ucayali wydawały się być to bursztynowe, to brunatne. Nie mogłam się zdecydować, czy podziwiać ten widok, czy wyciągnąć aparat i robić serię zdjęć. W końcu, z osłupienia wyrwały mnie dźwięki muzyki: to Shipibo wyciągnęli bębny i flety i zaczęli grać melodie, które nie tylko miały urozmaicić podróż, ale także informować pozostałych w wiosce współmieszkańców o ich rychłym przybyciu. Jeśli miałam jeszcze jakieś resztki wątpliwości co do słuszności naszej decyzji, pozbyłam się ich w tym samym momencie. Coś, co dla nich było zupełnie naturalne (rzeka, rejs, muzyka), dla mnie było bardzo silnym doświadczeniem, siedziałam w łódce, obserwowałam i myślałam: przypadku, dziękuję.

DSCN8071 DSCN8080 DSCN8089

Do Santa Rosa de Dinamarca dotarliśmy już w ciemności, moim pierwszym wspomnieniem jest, auć!, komar. Nie, nie jeden, nie dwa, niezliczone ilości komarów, które czyhały na moją słodką, europejską krew. Szybko zostaliśmy podwiezieni do tambo, w którym mieliśmy spędzić najbliższych kilka dni. Zmęczona, rzuciłam okiem na wnętrze: dwa łóżka z moskitierami, hamaki, drewniany stolik, świeczki i zapałki. W powietrzu unosił się zapach wilgoci, roślin i… przygody. Przypadku, dziękuję. Przygodo, do jutra!

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s