Kozioł beczy w Ucayali, cz.3: Lekcja geografii…

Budzi mnie dźwięk cykad. Są tak głośne, że mam wrażenie, że leżę na trawie pośród świerszczy. Otwieram oczy, widzę biel moskitiery i powoli zaczyna do mnie docierać gdzie jestem i jak się tu znalazłam. Uśmiecham się do siebie, nie tylko dlatego, że już sama świadomość, że jestem w dżungli cieszy mnie niezmiernie, ale także dlatego, że skoro się obudziłam, to znaczy, że (przynajmniej na razie) nie padliśmy ofiarą łowców głów.  Wygrzebuję się z łóżka i wychodzę z tambo, żeby przespacerować się po okolicy. Robię krok w przód i równie szybko cofam się, klnąc szpetnie w mowie ojczystej. Komary, setki komarów! Nerwowo szukam odstraszacza i smaruję się nim dokładnie – później okaże się, że buteleczka z Off-em, mimo stosunkowo niewielkiej skuteczności, będzie moim najwierniejszym towarzyszem podróży.  Tak uzbrojona ponawiam próbę spaceru i dość szybko natrafiam na Diógenesa. Patrzy na mnie z uśmiechem, kiedy wymachuję rękami na prawo i lewo, by odgonić komary. „Zancudo?” – pyta. „Eee?” – chyba nie wiem, o co mu chodzi, czyżby mówił do mnie w języku Shipibo? „Mosquitos, tak tutaj mówimy na komary” – wyjaśnia. No tak, teraz rozumiem i potakuję, mówiąc, że chyba nowa krew stała się atrakcją wszystkich moskitów w promieniu kilku kilometrów. Rozmawiamy przez chwilę, a kiedy TP w końcu wychodzi na zewnątrz, Diógenes proponuje nam, że podwiezie nas do wioski na śniadanie. Początkowo chciałam zaprotestować, bo co to za atrakcja przemieszczać się cały czas w motocarze, ale już chwilę później wiedziałam, że to najlepsze rozwiązanie z możliwych, bo 15-minutowy spacer w palącym słońcu nie jest zbyt wielką atrakcją.

W oczekiwaniu na śniadanie, zostaliśmy dokładnie oprowadzeni po całej, liczącej ponad 700 mieszkańców wiosce. Santa Rosa de Dinamarca, w skrócie Dinamarca, została założona w 1966 roku przez ojca Don Diógenesa, Aristedesa Garcíę, który przez wiele lat współpracował z niemieckim medykiem, prowadzącym badania na obszarze Ucayali. Jej mieszkańcy to Indianie Shipibo-Konibo, którzy stanowią około 8% populacji Peru. Zajmują się oni głównie rzemiosłem artystycznym (tkaniny i biżuteria), uprawą bananów oraz ziołolecznictwem. Dinamarca to po hiszpańsku Dania, dlatego bardzo zaciekawiło mnie, skąd wzięła się Dania w samym środku peruwiańskiej dżungli.  Okazało się, że Aristedes poprosił doktora, aby pomógł mu w wymyśleniu nazwy, a ten opowiedział mu o małym kraju, który graniczy przez morze z Niemcami. Tak oto, moi drodzy, Kozioł po raz pierwszy w życiu odwiedził Danię – a że to nie ta, o której wszyscy zazwyczaj myślą, to naprawdę nieistotny szczegół.

DSCN8121 DSCN8123

Śniadanie składało się z ryżu, smażonych bananów i sadzonego jajka. Dziwne to połączenie, ale mając w głowie instrukcje przedwyjazdowe grzecznie zjadłam wszystko, nie pozostawiając nawet ziarenka ryżu. W międzyczasie dowiedzieliśmy się nieco o samym Diógenesie i jego rodzinie. Ma 9 dzieci i prawie dwadzieścioro wnucząt, z czego spora część została nam przedstawiona podczas posiłku – nie pytajcie mnie jednak o imiona i powiązania, bo się w tym naprawdę pogubiłam i, wstyd przyznać, często myliłam się, zwracając się do któregoś z licznych członków rodziny García. Jak zdążyłam zauważyć, więzy krwi są dla nich bardzo ważne i spędzają ze sobą naprawdę dużo czasu, wspierając się wzajemnie. Cóż, ciężko byłoby nawet odpocząć, bo wszyscy żyją w bliskim sąsiedztwie, w domkach ustawionych dookoła niewielkiego placyku i mogą się podglądać 24 godziny na dobę. To kolejna rzecz, której musiałam się nauczyć – w samej comunidad coś takiego jak prywatność po prostu nie istnieje. I nie mówię tu o braku prywatności w naszym, europejskim pojęciu, kiedy narzekamy, że wścibscy sąsiedzi wiedzą o nas więcej, niż my sami, tam absolutnie KAŻDY krok jest wystawiony na widok publiczny i nikomu to nie przeszkadza.

DSCN8093 DSCN8096 DSCN8102 DSCN8109

Nieco inaczej miała się sprawa z miejscem, gdzie spaliśmy. Jak już wspomniałam, znajdowało się ono około kwadrans drogi pieszo od centrum comunidad i wchodziło w skład rodzinnego interesu García, czyli ośrodka diety i ziołolecznictwa. Oczywiście, już na wstępie została nam zaproponowana dieta (czas trwania mogliśmy sobie wybrać, dwa tygodnie, miesiąc, kwartał – bez problemu), Diógenes zawyrokował, że mnie by się przydała kuracja na kreatywność, a TP na ukojenie nerwów. Grzecznie podziękowaliśmy, wymigując się brakiem czasu, i powiedzieliśmy, że w zupełności wystarczy nam kilkudniowy pobyt bez diet i innych ceregieli, za to w ciszy i spokoju selwy. Stanęło więc na tym, że zapłacimy drobną sumę za nocleg i wyżywienie, później okazało się, że dodatkowo zostaliśmy otoczeni opieką przez rodzinę García, która poczuwała się w obowiązku traktować nas jak gości honorowych, obwozić po całej Dinamarce, zapoznawać z innymi mieszkańcami i jeść wspólne posiłki.

Co można robić w wiosce Shipibo? Oprócz oczywiście obserwacji życia jej mieszkańców, o czym opowiem w następnym odcinku (wytrzymajcie, docelowo ma być 5 części, czyli jesteście już za połową!)

Cóż, to zależy od pory dnia. Ranki i wieczory należy zarezerwować na spokojne siedzenie w tambo i czytanie bądź wsłuchiwanie się w odgłosy dżungli – natężenie zancudo nie pozwala na nic innego. Oczywiście, można skorzystać z tego, że upał jeszcze (lub już) nie daje się tak we znaki, ale zdecydowanie jest to działanie na własną odpowiedzialność . Parę razy odważyłam się na ten krok i później gorzko tego żałowałam, drapiąc się i przeklinając głośno w obu językach. Poza tym, kiedy tylko pozwalają na to warunki, można spacerować po dżungli i odkrywać niezwykłe bogactwo roślin i zwierząt, głównie ptaków i gadów, a także insektów. Na szczęście nie mam żadnych fobii, więc obserwowanie jaszczurek czy wyjątkowo sporych pająków nie stanowiło dla mnie większego problemu. Co więcej, szybko przypomniałam sobie o moim harcerskim epizodzie i dotarło do mnie, że pomimo różnic geograficznych, idea przebywania wśród natury jest taka sama i pociąga mnie równie mocno, jak tych ładnych parę lat temu. Kozioł, amazońska harcerka! Szybko odkryłam też moje ulubione zajęcie z kategorii „lenistwo”: kąpiel w rzece. A rzeka ta to nie jest sobie taka zwykła rzeka, o nie, to rzeka CZARNA. I to dosłownie. Z powodu małej ilości minerałów i sporego zakwaszenia, z daleka woda ma kolor głębokiej czerni, natomiast przy bliższym kontakcie przybiera odcień czerwonego wina. Na początku miałam pewne opory i nie byłam pewna, czy przypadkiem po kontakcie z nią nie będę musiała wsiadać w najbliższą łódkę do Pucallpy w poszukiwaniu ostrego dyżuru dermatologicznego, ale w końcu przekonało mnie to, że wszyscy tam wchodzili i nic im się nie działo. Pierwszy kontakt z wodą i… ojejku, ona jest ciepła! Chwilka, nie, ciepła jest tylko na powierzchni, później czuć kojący chłód. O tak, ja już stąd nie wychodzę! Zdecydowanie, woda jest najlepszym lekiem na upały, a dodatkową atrakcją są liczne ptaki przelatujące nad głową i szelest liści przybrzeżnych drzew. Och, Amazonio, uwielbiam Cię, nawet jeśli za tę miłość muszę płacić własną krwią, składaną w ofierze komarom!

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s