Kozioł beczy w Ucayali, cz.5: Epilog.

DSCN8219

Stare ludowe mądrości mają to do siebie, że są stare i mądre. Jedna z nich mówi, że wszystko, co ma swój początek, ma także swój koniec i choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli zatrzymać pewne chwile czy epizody naszego życia, z góry jesteśmy skazani na porażkę. Kiedyś zwierzyłam się koledze, że chciałabym mieć urządzenie, które pozwalałoby mi znajdować się w kilku miejscach na raz, on zaś utrzymywał, że dużo lepsza byłaby maszyna do zatrzymywania czasu. Ostatniego dnia w Dinamarce przypomniała mi się ta rozmowa i stwierdziłam, że jest w jego postawie dużo racji i że właśnie tam, w amazońskiej dżungli chciałabym choć na chwilę dłużej zatrzymać czas.

W Dinamarce spędziłam 5 dni, wypełnionych słodkim lenistwem, nieśmiałym poznawaniem dżungli i panujących w niej zasad, obserwacją życia Indian Shipibo oraz odganianiem się od komarów. Pobyt nieuchronnie chylił się ku końcowi, tym bardziej, że buteleczka z odstraszaczem komarów powoli zaczęła być niepokojąco lekka i coraz mniej skora do współpracy. W drogę powrotną wyruszyliśmy o 2 rano (!), gdzieś w oddali niebo raz po raz rozświetlało się – jak się dowiedzieliśmy, nad Górnym Ucayali rozpoczęła się już epoka burz. Kilka dni wcześniej, płynąc do Dinamarki, mogłam zaobserwować spektakularny zachód Słońca, w drodze powrotnej zaś dane mi było zobaczyć równie imponujący wschód. Wyprawa została spięta klamrą i nastąpił powrót do rzeczywistości. W Pucallpie, jak się domyślacie, gorąc, zaduch, bałagan, wrzawa. „Motocar, motocar!”. Na nasze nieszczęście, nie udało nam się od razu złapać autobusu powrotnego i byliśmy zmuszeni tam nocować. Cały dzień był wypełniony narzekaniem: „Ja już chcę do Limy, ja już chcę do Limy”. Słowem, wszystko wróciło do normy.

DSCN8254 DSCN8335 DSCN8345 DSCN8348

Na koniec chciałam się podzielić taką małą refleksją. Kiedy wyjeżdżałam do Amazonii, zupełnie nie wiedziałam, co mnie czeka, jedyne, w co byłam uzbrojona, to cała masa pozytywnej energii i wiara, że spotka mnie coś fantastycznego. Ile jest w języku polskim określeń na wyjazd? Sporo: wycieczka, wyprawa, wczasy, eskapada, podróż – każde z nich niesie za sobą inne znaczenie. Na początku myślałam o moim wyjeździe w dżunglę jako o wyprawie (ach, przygoda, ruch, akcja, wrażenia!), później jednak zdałam sobie sprawę, że dużo bardziej pasującym słowem jest „podróż”, implikująca też swego rodzaju głębszą refleksję. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, w myślach pojawiały się wizje leniwców, papug, egzotycznych zwierząt i potraw (jak choćby osławione larwy suri), tymczasem przypadek rzucił mnie do odciętej od cywilizacji wioski, gdzie faunę najliczniej reprezentowały komary, a moje dzienne menu składało się z jajek, ryżu i bananów w wielu konfiguracjach. I wiecie co? Nie żałuję!  Nie należę do radykałów, nie mówię, że pobyt w Dinamarce zmienił moje życie, ale jestem pewna, że w jakiś tam sposób wpłynął na moje postrzeganie świata i rzeczywistości, przypomniałam sobie, że nie muszę być cały czas w ruchu, że czasem warto się zatrzymać i poobserwować. „Pokora i umiejętność słuchania, gringa mi gringa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s