Rajd Gringa-Dakar 2014, odc. 2: Witajcie w Evolandzie.

DSCN9736

Głównym celem Gringa-Dakaru była oczywiście Boliwia, kraj często traktowany pobłażliwie, spychany na margines zarówno latynoskiej polityki, jak i południowoamerykańskiego przemysłu turystycznego. Byłam niezwykle ciekawa, co mnie tam spotka, bo wcześniej Boliwia kojarzyła mi się głównie z prezydentem Evo Moralesem (jakże słusznie!), Indianami, obciachową muzyką i biedą. Spodziewałam się, szczerze mówiąc, czegoś w rodzaju „sub-Peru”, w którym wszystko jest podobne, ale gorsze. Nie chodzi tu o jakiekolwiek uprzedzenia, nie zrozumcie mnie źle! Mam raczej na myśli to, że mimo całego uroku Boliwii wyobrażałam ją sobie jako państwo, któremu daleko jeszcze do wyjścia na polityczną i ekonomiczną prostą.

Cóż, w wielu aspektach miałam rację. Boliwia owszem, jest biedna. Ale jest też niezwykle dumna. Już niemal od samego początku, tuż po przekroczeniu granicy, zostałyśmy z Helą zbombardowane wizerunkiem Evo Moralesa, który prezentował na plakatach swoje dotychczasowe osiągnięcia i składał kolejne obietnice. Evo buduje drogi, Evo zapewnia gaz, Evo podbija kosmos… Propaganda pro-moralesowska jest niezwykle silna i można odnieść wrażenie, że cały naród uwielbia go i utożsamia się ze swoim przywódcą, potomkiem Indian, niegdyś skromnym producentem koki. Sławiące Moralesa napisy na murach są powszechne, a ja osobiście miałam wrażenie, że Evo w którymś momencie wyskoczy nawet z lodówki w hostelu.

DSCN9867

Wiecie co? Boliwia podbiła moje serce niemal od samego początku. I nie chodzi tutaj o niewątpliwie piękne widoki (takie mam też w Peru, więc to nie jest żadne wytłumaczenie), ale o to, że już na wstępie zaczęły się małe dziwactwa, których jestem wielką fanką. Jakąś godzinę od Copacabany (miasteczka przygranicznego, skąd odjeżdżają autobusy do La Paz), kiedy drzemałam w najlepsze, autobus zatrzymał się, a pomocnik kierowcy kazał nam wysiadać z autobusu. Jako, że nie do końca kontaktowałam po drzemce, nie bardzo wiedziałam, o co chodzi i zastanawiałam się, jaki tu jest haczyk. Okazało się, że w pewnym momencie kończy się droga i trzeba przepłynąć na drugą stronę jeziora na barce! O tym, oczywiście, wcześniej mowy nie było, więc kiedy minął pierwszy szok, zaczęłam się śmiać. No tak, Bolivia te espera („Boliwia czeka na Ciebie”)!

DSCN9748

Samo La Paz zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie. Miasto zostało zbudowane w głębokiej dolinie, a wjeżdża się do niego z góry, stąd też poczucie podróży wgłąb studni. Co więcej, cała dolina wypełniona jest szczelnie domami, co sprawia, że samo miasto wydaje się być ogromne! W rzeczywistości, ma „jedynie” 2 miliony mieszkańców, co, jak wiadomo, na standardy południowoamerykańskie nie jest wynikiem imponującym. Jest w nim jednak coś, co sprawia, że czułam się w nim dobrze, i to już od pierwszego, nieśmiałego jeszcze spaceru. La Paz dość szybko zyskało sobie moje zaufanie, nie miałam tego znanego mi z pierwszych dni w Limie wrażenia, że wszystko wokół jest dzikie i nieujarzmione. Owszem, stolica Boliwii jest chaotyczna, nieuporządkowana i głośna, ale ten bałagan jest na swój dziwny sposób ujarzmiony. Być może to zasługa tych „poczciwych, indiańskich twarzy” (cyt. Hela), a może po prostu ja sama w miarę upływu czasu zaczęłam pozbywać się własnych paranoi.

DSCN7771

Co warto zobaczyć w La Paz? Cóż, samo centrum nie jest zbyt wielkie i atrakcje skupiają się głównie wokół Plaza Murillo, gdzie znajduje się Pałac Prezydencki i Katedra oraz placu wokół Bazyliki Św. Franciszka. Warto jednak zapuścić się w wąskie i strome uliczki, by poczuć prawdziwy, chaotyczny klimat miasta. Wiele z nich jest stricte turystycznych, spotkać możemy niezliczone gringa-sklepy z pamiątkami i rzemiosłem, znajdzie się też miejsce dla Muzeum Koki, ale wystarczy odejść nieco dalej, by zobaczyć fascynujący street-art i prawdziwe zakątki, w których czas spędzają mieszkańcy miasta. W powietrzu unosi się zapach potraw, a na ulicy można potknąć się o staruszki wróżące z liści koki. Na pewno warto wybrać się na Mercado de Brujas („Targ Czarownic”), gdzie oprócz tradycyjnych sklepów z pamiątkami znajdują się stoiska z wyrobami mającymi zapewnić szczęście nabywcy lub napytać biedy temu, kto zaszedł mu za skórę. Do wyboru są tysiące przedmiotów, od kadzidełek na szczęście, przez amulety, mydełka i inne wyroby ezoteryczne (na prostatę, na kaca, zapewniające bogactwo, szczęście i urodę…), aż po zmumifikowane lamy, zwisające smętnie z sufitu. Zapewniam, że wrażenia są niezapomniane. Sama zaopatrzyłam się w kadzidełka, dzięki którym mam mieć szczęście w miłości i kupę pieniędzy. Jeśli zadziała, poinformuję Was o tym😉

DSCN9768 DSCN9787 DSCN9832 DSCN9846 DSCN9847 DSCN9877 DSCN9878 DSCN9880 DSCN9884 DSCN9897

La Paz, jak już wspomniałam, to także fantastyczne widoki. Ostatniego, trzeciego dnia w tym mieście udałyśmy się poza centrum, do dzielnicy zwanej Miraflores (brzmi znajomo, prawda?). Architektura jest tam dużo bardziej „europejska” i uporządkowana, a na dodatek z mostu prowadzącego do innej części miasta można zrobić fantastyczne zdjęcia panoramy La Paz.

DSCN9918 DSCN9919

Tak, zdecydowanie to miasto skradło mi serce i jeśli kiedyś miałabym okazję tam wrócić, zrobiłabym to bez wahania. Ale, jak to mówią, life goes on i podróż też musi się rozwijać. Co jeszcze spotkało mnie w Boliwii? Stay tuned, następna część już niedługo!

3 responses to “Rajd Gringa-Dakar 2014, odc. 2: Witajcie w Evolandzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s