Rajd Gringa-Dakar 2014, odc.4: jak Kasia nie została górnikiem.

DSCN9987

Z Potosí było tak, że miało być ono jedynie przystankiem na trasie Sucre-Uyuni. Plany mają jednak to do siebie, że często ulegają zmianie i czasami bywa tak, że taki nagły zwrot okazuje się być strzałem w dziesiątkę. W Boliwii, nie wiedzieć czemu, autobusy nocne mają to do siebie, że wyjeżdżają dość wcześnie (około 19-20) i tym samym na stację docelową (nawet wliczając możliwe utrudnienia na drodze) docierają około 6-7 rano. Jak można się domyślić, nie jest to najszczęśliwsza pora na ogarnianie się w nowym miejscu i meldowanie w hostelu, dlatego też mając do wyboru przyjazd o 6 do Sucre bądź o 8 do Potosí, wybór był oczywisty.

Muszę przyznać, że nie byłam zbyt przekonana do pomysłu spędzenia 2 dni w Potosí, tym bardziej, że nie wiedziałam o tym mieście zbyt dużo, znane mi były tylko słynne kopalnie srebra.  Bo to właśnie srebro od wieków napędza gospodarkę Potosí i okolic, a górujące nad nim Cerro Rico („Bogate Wzgórze”) daje jego mieszkańcom pracę, będąc jednocześnie jego błogosławieństwem i klątwą. Kiedy w XVI wieku Hiszpanie dotarli na tamte tereny, od razu zdali sobie sprawę z wielkiego potencjału, jaki kryją w sobie pobliskie wzgórza i szybko rozpoczęli wydobycie srebra na masową skalę, zatrudniając do niewolniczej pracy Indian. Przez wieki kopalnie w Potosí były symbolem nie tylko bogactwa (nawet w Don Kichocie pojawia się słynne w tamtych czasach powiedzenie Vale un Potosí: „Jest warte całe Potosí”), ale także wyzysku – Cerro Rico jest wielkim cmentarzyskiem, w którym zginęły tysiące Indian. Dziś działa tam kilkadziesiąt kopalni, a z pracy w górnictwie utrzymuje się większość rodzin w okolicy. Co ciekawe, samo wzgórze należy do rządu boliwiańskiego, ale jedyne, co zapewnia, to koncesja na wydobycie: to sami górnicy muszą zadbać o sprzęt, zabezpieczenie i rynki zbytu, a do kasy państwa co roku odprowadzają odpowiedni procent od utargu.

DSCN0021

Kiedy więc okazało się, że jedną z głównych atrakcji miasta są wycieczki do kopalni, Hela i ja nie zastanawiałyśmy się długo. Szczerze mówiąc, oczekiwałam czegoś w stylu naszej poczciwej Wieliczki, z licznymi atrakcjami podczas zwiedzania. Atrakcji było sporo, ale nawet nie wiecie, jak bardzo się myliłam. Przede wszystkim, na początku zawieziono nas do „szatni”: tam mieliśmy zostawić nasze rzeczy i założyć uniformy górnicze. Dostaliśmy spodnie, kurtki, kalosze i latarki i muszę przyznać, że wyglądaliśmy bardzo profesjonalnie, toteż automatycznie zaczęły się sesje zdjęciowe – wtedy jeszcze naiwnie myśleliśmy, że to element zabawy, mający wprowadzić nas w górniczą atmosferę. Potem trafiliśmy na tzw. „targ górniczy”, gdzie zostaliśmy pokrótce wprowadzeni w proces wydobycia srebra oraz mogliśmy zobaczyć gdzie i w co zaopatrują się górnicy przed pracą. Ciekawym zwyczajem jest picie Ceibo, czyli naszego poczciwego spirytusu. Ceibo ma 96% i górnicy przed pracą napełniają nim nakrętkę, rozlewają większość w ofierze Pachamamie (Matce-Ziemi) oraz Tío (diabłu-opiekunowi), po czym wypijają resztę. My oczywiście też dostaliśmy nieco, żeby uczestniczyć w górniczym rytuale. Żebyście widzieli, jak krzywiły się Francuzki! Wymyślały milion życzeń, byle tylko w nakrętce zostało jak najmniej alkoholu (Na szczęście, za miłość, za powodzenie, za pokój na świecie….), tym bardziej więc dziwiły dwie Polki, które po standardowej formułce „Na szczęście, za zdrowie, dla Pachamamy i dla Tío” wychyliły zawartość. Było paskudne, ale słowiańskie korzenie zobowiązują. Na targu należy też zakupić prezenty dla górników – dynamit, napoje gazowane, czy liście koki, które należy zabrać ze sobą do kopalni, by umilić nieco czas pracującym tam osobom i wkupić się w ich łaski.

DSCN9997

MinasPotosi2

Wreszcie, po długim wstępie, stanęliśmy u wejścia do kopalni. Już przy drzwiach wiedziałam, że moje wyobrażenia o Wieliczce były mocno na wyrost. Zeszliśmy w dół wąskim, niskim i zapylonym korytarzem, a później było już tylko gorzej. Nie mam klaustrofobii, nie należę też do osób wyjątkowo strachliwych, ale w środku czułam się zdecydowanie nieswojo. Ciasno, ciemno, raz zimno, raz gorąco i na dodatek wszechobecny pył, wdzierający się do gardła. Im głębiej schodziliśmy, tym bardziej rozumiałam, dlaczego przed wycieczką kazali nam podpisać papiery, że bierzemy na siebie całkowitą odpowiedzialność za ewentualne urazy doznane wewnątrz kopalni. Turyści dosłownie wchodzą w skórę górników i dla nikogo nie ma taryfy ulgowej – jeśli górnicy popełnią błąd podczas pracy i zasypie korytarz, to dosięgnie to każdego w równym stopniu. Wycieczka po wnętrzach Cerro Rico trwa około 1,5 godziny i była jednym z tych przeżyć, które zapamiętuje się naprawdę na długo. Kiedy w końcu wyszłyśmy z Helą na powierzchnię, popatrzyłyśmy na siebie i niemal jednocześnie powiedziałyśmy: „Przeżyłyśmy!”. Uwierzcie, że satysfakcja jest wielka, bo tam, na dole, jest naprawdę ciężko, a jak już wejdziesz, to nie ma odwrotu – trzeba przejść całą trasę.  My, po niecałych dwóch godzinach, byłyśmy wyczerpane i zadowolone, że przetrwałyśmy, górnicy natomiast spędzają tam przynajmniej osiem godzin dziennie. Próbę turysty przeszłyśmy pomyślnie, ale górnikami na pewno nie zostaniemy. Co najwyżej pozostaje nam rola żon, a akurat o to nietrudno, bo górnicy chętnie przyglądają się turystkom i prowadzą nieustanny casting na towarzyszki życia, o czym Hela przekonała się na własnej skórze😉

DSCN0025 DSCN0029 DSCN0032 DSCN0034

2 responses to “Rajd Gringa-Dakar 2014, odc.4: jak Kasia nie została górnikiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s