Rajd Gringa-Dakar 2014, odc. specjalny (i ostatni): Śmiech przez pył.

DSC06859

 

Zauważyłam, że strasznie się rozwlekłam z moją boliwijską opowieścią. Wróciłam ponad 3 tygodnie temu i nie jestem nadal w stanie skończyć. Teraz już obiecuję, że to ostatni odcinek i tym samym zamykam definitywnie temat Gringa-Dakaru, który świeżością dorównuje mniej więcej podróży premiera Tuska do Peru. W sumie spokojnie mogłabym zakończyć cykl na poprzednim odcinku, ale, jak w każdym szanującym się rajdzie, na najbardziej wytrwałych zawodników czekają odcinki specjalne.

Nie inaczej było w Boliwii, gdzie firmy przewoźnicze wytrwale testowały naszą wytrzymałość na stres i ciężkie warunki. Nie jest żadną tajemnicą, że drogi w tym pięknym kraju pozostawiają wiele do życzenia, a i same autobusy w większości nie spełniają tzw. „norm europejskich” (co w sumie nie jest zbyt istotne zważywszy na to, że obowiązują tam normy latynoamerykańskie, zdecydowanie luźniejsze…). Każda średnio zorientowana w temacie osoba wie, że na luksusy nie ma co liczyć, ale z drugiej strony stosunek jakości do ceny jest fantastyczny, więc nie ma na co narzekać. Przynajmniej w teorii.

OS nº1: Wiatr we włosach.

Nauczona peruwiańskimi doświadczeniami, postanowiłam kupić bilet nocny z La Paz do Cochabamby w firmie cieszącej się możliwie największą renomą, więc w dworcowej informacji przeprowadziłam mały research. Pani, wyraźnie zdziwiona moim pytaniem – chyba zawsze pytają ją o opcję najtańszą, a nie najlepszą –  podała mi nazwy dwóch firm, które według niej były godne zaufania. O wyborze zdecydowały kwestie praktyczne, tzn. godzina odjazdu oraz przyjazdu do Cochabamby, choć akurat był to wybór mniejszego zła, ponieważ, nie wiedzieć czemu, autobusy wyjeżdżają tak, żeby na stacji końcowej zameldować się około 6-7 rano. No cóż, innej opcji nie było, więc przynajmniej kupiłyśmy z Helą tzw. „bus cama”, z szerokimi, rozkładanymi fotelami. Kiedy weszłyśmy do autobusu, nic jeszcze nie zapowiadało katastrofy: fotele faktycznie były wielkie, a miejsca na nogi starczyłoby dla dwumetrowego kulturysty. ŁOOOoooo…..ooooKurczę. Miało być tak pięknie, ale chwalenie dnia przed wschodem słońca przyniosło gorzkie rozczarowanie: okno było pozbawione szyby, a jej brak został, niezbyt zgrabnie, zamaskowany plastikową płachtą w kolorze pomarańczy, przyklejoną do framugi. Ale to nie koniec atrakcji! Na fotelu połyskiwały malowniczo (i złowrogo jednocześnie) drobinki szkła. Zmiana miejsca? Nie wchodzi w grę, wszystkie miejsca zostały sprzedane. Zmiana autobusu? Też nie, na trasie jeździ tylko jeden. Zostać w La Paz? Niemożliwe, nie miałyśmy noclegu. Jedyne, co udało mi się uzyskać, po kłótni z kierowcą, to koc, którym się okryłyśmy.  Cóż, zostało nam jedynie przeżegnać się i… Alleluja i do przodu! A że czas to pieniądz, to trasę tę należało pokonać szybko, więc miałyśmy zapewnioną darmową klimatyzację. I tylko kwiatów we włosach brak…

DSC07235

DSC07242

OS nº2: Śmiech przez pył.

Podróż do Cochabamby, w miarę upływu dni, stawała się powoli anegdotką, przywoływaną w chwilach nostalgii. Pierwszy OeS odszedł w niepamięć, bo szybko pojawiła się masa wrażeń, które skutecznie zatarły jego wspomnienie. Ale, jak to w życiu i w rajdach bywa, jeden odcinek specjalny to za mało. Drugi pojawił się w miejscu idealnym, na trasie Uyuni-La Paz, wszak Uyuni i salar były w tym roku gospodarzami Dakaru właściwego. Uwierzcie mi, nie musicie być rajdowcami, żeby przeżyć swój własny Rajd Dakar, właściwie wystarczy do tego wydać 100 boliwianów na autobus nocny. Co tym razem, zapytacie. Ano, nic szczególnego, oprócz tego, że jakieś 70% drogi to nie do końca ubity piach. Początkowo myślałyśmy, że to stan przejściowy i minie, więc mimo zmęczenia rozmawiałyśmy dla zabicia czasu, ale w pewnym momencie komuś wpadło do głowy otworzyć okno. Nic dziwnego, stwierdzicie, wszak w autobusie pełnym ludzi musi być duszno. Macie rację moi mili, ale jeden mały szczegół sprawił, że nie był to dobry pomysł i miałam ochotę odnaleźć delikwenta i przemówić mu do rozumu. Wspomniałam już, że trasa wiodła przez piach. Nietrudno więc połączyć oba fakty i wykoncypować, że otwarcie okna spowoduje niemal natychmiastowe zapylenie autobusu. Silne wstrząsy plus masa pyłu spowodowała u nas niekontrolowany wybuch śmiechu, który miał w sobie więcej z rozpaczy, niż z wesołości. Hela stwierdziła, że to śmiech przez pył i określenie to sprawiło, że zaczęłam śmiać się jeszcze bardziej, a w efekcie – dosłownie – dusić ze śmiechu. Jak mawiał klasyk, kupa śmiechu z przewagą kupy – określenie tym bardziej trafne, że siedziałam obok toalety, której drzwi przy każdym większym wstrząsie urządzały zamach na moją skromną osobę. Kiedy w końcu autobus wjechał na asfalt (-Asfalt? Co to asfalt?), byłam wstrząśnięta i mocno zmieszana, a cały następny dzień spędziłam w łóżku.

Powiecie, moi mili, że narzekam. Może troszeczkę, ale widzicie, w każdej podróży jest tak, że zdarzają się też momenty mniej przyjemne, choć równie silnie zapadające w pamięć. Pyłobusy i wentylatory na kółkach stanowią dokładnie taki sam element Rajdu jak Salar de Uyuni czy wizyta w kopalniach w Potosí. I myślę, że są równie warte opisania, tym bardziej, że w tym momencie są dobrymi anegdotkami i wspominam je z nostalgią, a nawet się z nich śmieję. Tym razem już pełną gębą🙂

2 responses to “Rajd Gringa-Dakar 2014, odc. specjalny (i ostatni): Śmiech przez pył.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s