Szaloooona, czyli poLoca w LOCOmbii

10356611_1485594731671812_1662883767_n

 

Kiedy któregoś pięknego dnia obwieściłam, że wybieram się SAMA do Kolumbii, głuchy odgłos pukania się w czoło był słyszany aż zza oceanu. „Szalona!”, mówili, z jeszcze większą intensywnością, niż wtedy, gdy postanowiłam wyjechać do Peru. W pewnym sensie się nie dziwię, bo Kolumbia w naszym kraju kojarzona jest głównie z bojówkami FARC i kartelami narkotykowymi, nikt jednak nie mówi, że już od dobrej dekady w tym kraju dzieje się dużo pozytywnych rzeczy i że, obiektywnie rzecz biorąc, jest tam bezpieczniej, niż w Peru. Moja niespokojna dusza, motywowana dodatkowo najzwyklejszą w świecie ciekawością poznania nowego kraju, postanowiła więc przekonać się na własnej skórze, jaka jest Kolumbia.

DSCN8484

No dobrze, też miałam wątpliwości, ale były one raczej związane z kwestiami czysto logistycznymi, bo jednak samotna podróż niesie ze sobą wiele wyrzeczeń i wymaga zdecydowanie lepszego planowania. Ale muszę też przyznać, że nie jechałam tak całkiem w ciemno: wszak mój Jairo to rodowity Bogotańczyk (tak się mówi?) i od razu zaoferował, że skontaktuje mnie ze swoimi znajomymi. Tak więc, moi drodzy, decyzja została podjęta. Kierunek: Kolumbia!

DSCN8482

Bogota powitała mnie deszczem. Musiałam wyglądać dość zabawnie, kiedy wychodząc z samolotu krzyknęłam „Deszcz!” i uśmiechnęłam się od ucha do ucha, łapiąc dłonią krople. No tak, oni nie wiedzieli, że w Limie nie pada prawie nigdy, a ja już tak bardzo tęskniłam za porządną ulewą. I tak oto to, na co każdy normalny człowiek narzeka, stało się dla mnie dobrą wróżbą i obietnicą fantastycznych rzeczy!

Cóż, na wstępie zaliczyłam mały falstart. Do Bogoty przyleciałam w czwartek, a w piątek rano obudził mnie koszmarny ból nerek, w związku z czym José i Wilson (przyjaciele J.) wpakowali mnie do auta i pognali do szpitala. Na szczęście, nie było to nic poważnego, dostałam antybiotyk i krzyżyk na drogę, ale cały dzień wypadł z moich planów. Swoją drogą, jeśli narzekacie na polską służbę zdrowia, to zapraszam do Kolumbii. Długi czas oczekiwania to standard, ale dodatkowo zaliczyłam reset systemu, w związku z czym musiałam na podanie lekarstw w pokoju obok czekać ponad godzinę, a na wyjście ze szpitala kolejne 50 minut – tyle trwało czekanie na wypis, który jak się później okazało był mi niepotrzebny, bo byłam tam prywatnie. Cóż, było, minęło, jedynym wspomnieniem pozostała 100-dolarowa dziura w budżecie, w związku z nieprzewidzianym biegiem wypadków😉

W sobotę już od rana zaczęłam nadrabiać zaległości i udałam się na spacer do La Candelaria – najstarszej dzielnicy Bogoty, w której znajdują się nie tylko siedziby instytucji rządowych, ale także (PRZEDE WSZYSTKIM!) urocze budynki, wąskie uliczki i wszystko to, co Koziołki lubią najbardziej. Na początku nie czułam się do końca swobodnie, pewnie przez te wszystkie opowieści o niebezpieczeństwach, którymi karmiono mnie ze wszystkich stron, ale im bardziej zagłębiałam się w dzielnicę, tym bardziej czułam, że oto znalazłam kolejne „swoje” miejsce. La Candelaria jest tym, czego tak mi w Limie brakuje – historycznym centrum z prawdziwego zdarzenia, gdzie nie muszę się obawiać, że jak skręcę w złą stronę, to prawdopodobnie pozbędę się wszystkich cennych rzeczy. Zachwyciły mnie niskie, kolorowe domki w górnej części dzielnicy, przy la Plaza Chorro del Quevedo, wszechobecne murale i ludzie, którzy już na pierwszy rzut oka wydali się milsi, niż w Peru. Może troszkę przesadzam, może to tylko mój podróżniczy entuzjazm, ale od razu Kolumbijczycy przypadli mi do gustu. Na dobry początek skorzystałam też z rady miejscowych i trafiłam do La Puerta Falsa, gdzie sprzedają najlepszą w mieście gorącą czekoladę, której tradycyjnie towarzyszy kawałek białego sera i bułka z masłem. Polecam każdemu, kto kiedykolwiek trafi do Bogoty, bo to prawdziwa delicja!

DSCN8530 DSCN8549 DSCN8575 DSCN8603 DSCN8620 DSCN8631

DSCN8566

Jak już mówiłam, od początku miałam zapewnioną obstawę rodowitych Kolumbijczyków, z których muszę wyróżnić Nathalię. Od początku dało się zauważyć, że nadajemy na tych samych falach i coś, co na początku było przysługą dla starego przyjaciela, szybko zmieniło się w tandem polsko-kolumbijski! To zabawne, kiedy poznajesz kogoś i zaczynasz rozmawiać z nim tak, jakby był Twoim starym znajomym. Tak właśnie było z Nathalią, która nadała mi przydomek „Polaina”. W niedzielę wyruszyłyśmy na Mercado de las Pulgas, czyli Pchli Targ, w poszukiwaniu dobrych zdjęć. Efekty poniżej, a ciąg dalszy na pewno nastąpi🙂

DSCN8662 DSCN8683 DSCN8692 DSCN8718 10335911_1485593195005299_1285192314_n

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s