Po owocach je poznacie…

DSCN9044

Już w Peru zachwyciłam się różnorodnością, a przede wszystkim dostępnością i ceną owoców. Jako zadeklarowana fanka mango uznałam, że trafiłam do raju.  Nagle odkryłam, że mango ma wiele odmian: Edwards, Kensington, Kent, Tommy Atkins… Wszystkie pyszne, każde nieco inne – większe, mniejsze, słodsze, bardziej kwaskowe – i na stałe weszły do mojego codziennego menu.

Oprócz tego, w Peru miałam również dostęp do wielu owoców uznawanych powszechnie za egzotyczne, tam zaś tak popularne, jak u nas jabłka czy gruszki: papaja, marakuja, granadilla, chirimoya czy aguaymanto. Cóż, Peru to był taki mój owocowy raj i każdego dnia pochłaniałam hurtowe ilości witamin, a dodatkowo wspomagał to fakt, że jako ulubienica sprzedawcy owoców na targu zawsze mogłam liczyć na gratisy. Czasem dochodziło do tego, że za równowartość 70 groszy wychodziłam z wielkim jabłkiem (celem zakupów) oraz mandarynką i bananem (hojność pana Ramona😉 ).

Ale…

No właśnie. Mój owocowy peruwiański raj to nic w porównaniu z tym, co przeżyłam na Karaibach! Oprócz „standardowych” pozycji, takich, jak papaje, mango, ananasy czy arbuzy, moje menu wzbogaciło się o rzeczy, o których nigdy wcześniej nie miałam pojęcia. Ale po kolei.

DSCN9016

DSCN9038

W historycznym centrum Cartageny pełno jest kolorowo ubranych kobiet, które sprzedają owoce. Tak naprawdę, to prowadzą podwójny biznes: po pierwsze, z uśmiechem na ustach robią sałatki, a po drugie, z tym samym (a nawet szerszym) uśmiechem pozują do zdjęć. Ja miałam to szczęście, że dość szybko zaprzyjaźniłam się z jedną z nich, panią Maríą, i najpierw mogłam robić zdjęcia za cenę sałatki, a później to już nawet dostawałam zniżkę😉 Zapewniam Was, że taka bomba witaminowa, złożona z papai, mango, ananasa, melona, arbuza, mandarynki, kiwi, śliwki, banana i karamboli, polana skondensowanym mlekiem, to prawdziwa delicja, umilająca dzień!

DSCN8932

DSCN8933

To, że podróże kształcą, wiadomo już od dawna. Także – a może przede wszystkim – w kwestii kulinarnej. Uwielbiam próbować lokalne potrawy, poznawiać nowe smaki, zadziwiać swoje podniebienie niecodziennymi kombinacjami. Pobyt w Cartagenie upłynął pod znakiem odkryć owocowych. Już pierwszego dnia, kiedy sparaliżowana gorącem szukałam jakiejś lekkiej przekąski, trafiłam do jednego z licznych stoisk, na których sprzedawano – a jakże – mango. Mango pomarańczowe, żółte, zielone, do wyboru, do koloru, pokrojone w piękne paseczki. Bez zastanowienia zakupiłam kubeczek i już, już miałam rozpocząć konsumpcję, kiedy sprzedawca zapytał mnie, czy ma mi dosypać soli. Kozioł wybałuszył oczy i wykrztusił jedynie: „No jak to, przecież nie je się mango z solą!” Otóż nie, jak najbardziej się je. Skoro już zostałam o tym poinformowana, to pomimo uprzedzeń i z pewną taką nieśmiałością poprosiłam o posypanie mojej porcji solą.

Chwila wahania, podejrzliwy rzut okiem i… kurczę, to nie jest takie złe! Właściwie, to całkiem dobre! Ej, to jest pyszne! Z każdym kawałkiem moje zdanie co do tej kombinacji smakowej  zmieniało się na lepsze i pod koniec mojej porcji stałam się jej prawdziwą fanką. Później już doszłam do takiej wprawy, że kupowałam mango w foliowym woreczku, wsypywałam tam sól, zakręcałam i potrząsałam silnie, żeby smaki się wymieszały. Jak miejscowa😉

DSCN9034

No dobrze, to teraz przyszedł czas na inne odkrycia. Na placyku przy moim hostelu każdego ranka stawał Pan, który robił soki owocowe. Tego mi będzie brakować, tej możliwości wyboru spośród kilku(nastu) owoców, możliwości tworzenia kombinacji i obserwowania procesu powstawania soku. Żadnych półproduktów, wszystko dzieje się na twoich oczach – od kruszenia lodu drewnianą pałką, poprzez obieranie owoców, aż do przelania soku do wielkiego, plastikowego kubka. Delicje za równowartość dolara!

Tam też właśnie poznałam nowe, dotychczas obce mi owoce. Poniżej krótka lista moich kolumbijskich hitów:

lulo

LULO – podobno jego polska nazwa to „psianka lulo”, jednak tutaj nigdy się z nim nie spotkałam.  Z wyglądu przypomina pomarańczowego pomidora, a po przekrojeniu widać zielonkawy miąższ. Jest kwaskowaty, a smak stanowi połączenie pomarańczy, kiwi, ananasa i cytryny.

 

tomate-de-arbol

TOMATE DE ÁRBOL – czyli w polskim tłumaczeniu „pomidor z drzewa”, choć jego nazwa w naszym języku jest dużo mniej atrakcyjna : to cyfomandra grubolistna. Cóż, gdyby ktoś zaproponował mi cyfomandrę, to pomyślałabym, że chce mnie otruć. Niesłusznie, gdyż miąższ tego owocu jest fantastyczny, słodko-kwaskowaty, zupełnie wyjątkowy, a sok z niego to prawdziwa bajka!

 

Guavas

GUAYABA– czyli po polsku gujawa. Pod żółto-zieloną skórką kryje się czerwony, bardzo mięsisty miąższ (tak, tak, masło maślane), o dość specyficznym, słodkawym, a jednak nieco mdłym smaku. Mimo to, ma w sobie coś uzależniającego i gdy sięgnie się po jedną, zaraz ręka wychyla się po kolejną i kolejną… CIEKAWOSTKA: w kolumbijskiej odmianie hiszpańskiego enguayabado znaczy „pijany”, a guayabo to zarówno stan upojenia alkoholowego, jak i kac😉

vainas-de-tamarindo

TAMARINDO – czyli owoc tamaryndowca, to twór niezwykle ciekawy. Słodki i kwaśny zarazem, może być używany zarówno do wyrobu dań slodkich, jak i słonych. Wyrabia się z niego pyszne, orzeźwiające napoje, a raspao polane syropem z tamaryndowca najlepiej pomaga w walce z upałem! Zostałam też fanką cukierków z tamaryndowca.

Jak więc widzicie, różnorodność jest wielka, a Kolumbia owocami stoi. Lulo czy tomate de árbol to owoce, które mogłabym jeść codziennie. Ale muszę się Wam do czegoś przyznać. Tuż po przyjeździe do Polski spałaszowałam górę truskawek. I chyba pierwsze miejsce na mojej owocowej liście nigdy się nie zmieni.

 

One response to “Po owocach je poznacie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s